Grochów

Andrzej Stasiuk
Grochów
  • Czarne
    Wołowiec 2012
    ISBN: 978-83-7536-288-6
    125x195
    96 stron
    oprawa twarda

Cztery narracyjne szkice – ni to opowiadania, ni obrazki. Niezbyt obszerne, pozbawione wyrazistej fabuły, oplecione wokół niezbyt atrakcyjnych postaci. Czyli niewiele. Bohaterowie tych opowiadań są z życia wzięci i literacko nie rozbudowani: babka, pies, pewien pisarz i Stasiukowy przyjaciel z młodości. Wspólne dla nich jest to, że umarli. Czyli znowu niewiele.

Zarazem to niewiele - ta luźna, dygresyjna narracja, w której niezobowiązujący opis znienacka przechodzi w skromną akcję - tworzy olśniewającą i głęboką, choć bardzo swobodną filozoficzną gawędę, w której refleksja o nieobecności staje się podłożem obrazów życia. Na przemian czytamy pytania dotyczące śmierci i opisy przesycone świadectwem zmysłów. Ten przeplot nicości z jednej strony oraz wyglądów, kolorów i zapachów z drugiej jest tak intensywny, że Grochów nazwać można melancholijnym esejem o patrzeniu, dotykaniu i wąchaniu.

Życie u Stasiuka to ulotna materia, która chce trwać. Chce nadaremnie, bo przez życie zawsze prześwituje nic. Czasami owo nic pojawia się pod postacią duchów, które swoim nadejściem rozdzierają szczelną tkaninę egzystencji. Kiedy indziej nic odsłania się w psich oczach. Jeszcze kiedy indziej narrator widzi nic, gdy ciała bliskich, znękane chorobami i starością, zamieniają się w przedmioty – obce swoim właścicielom i obce obserwatorowi. Ale czasami nic nadchodzi bez anonsu. A kiedy nic nie daje znaku, życie traci znaczenie.
Dlatego Stasiuk nie szuka sensu i nie zadaje pytań o nadrzędny porządek. Wie, że nadrzędnym porządkiem życia jest umieranie. Wie, że życie zawsze i każdego zdradzi. Że opowieść, którą każdy z nas usiłuje narzucić swojej egzystencji, prędzej czy później zostanie spruta. Nie warto więc konstruować nazbyt spójnych narracji. Odpowiedzią na fundamentalną niesłowność życia jest niesłowność opowieści – dygresyjny tok, ustawiczna zmiana tematu, przerzutność narracji. Odpowiedzią na pogoń, w której nic ściga życie, jest życie traktowane jak ucieczka albo jak włóczęga – bez planu, zapasów i długich postojów. Odpowiedzią na nic, które pochłonie wszystko, jest kontemplacyjna zachłanność. Tym właśnie – zachłanną kontemplacją – jest ten esej

- Przemysław Czapliński

Excerpt

Garwolińską do końca i w prawo Makowską wzdłuż torów w stronę Olszynki. Czasami aż do samej lokomotywowni. W ciepłe dni przy ulicy, która przypominała wiejską drogę, siedzieli faceci i popijali. Znad płotów zwieszały się gałęzie owocowych drzew. Jeśli było inaczej, niech ktoś mnie poprawi. Wczesną wiosną snuł się zapach palonych traw pomieszany z wonią kreozotu. Słońce nagrzewało zarośla i podkłady. Tam się kończyło miasto. Dalej było królestwo kolei, chwastów i ogródków działkowych. Wiosną roślinność wybuchała dziko i nagle, pośród kolejowych i przemysłowych wyziewów trwała przez lato i jesień, a potem upadała pod własnym ciężarem. Ostawały się tylko najtrwalsze badyle. Na przykład bieluń albo konopie. Sterczały spod śniegu przez całą zimę, aż na wiosnę przykryła je świeża zieleń.

Tam był koniec. Miasto zatrzymywało się w pół kroku jak nad urwiskiem, jakby traciło oddech albo wpadało w osłupienie na widok tej przestrzeni glinianek, psich wygonów, blaszaków, torowisk i całego tego badziewnego cudu. Wszystko się urywało i zaczynało zupełnie inne. Na Szklanych Domów był ostatni brzeg miasta. Dalej rozlewały się niskie i ciemne wody, na których unosiły się rajskie wyspy, wyspy diabelskie, wraki, oderwane skrawki miejskiego lądu, pokruszona i przemieszana kra industrialu i rekreacji.
Faceci przy Makowskiej mieli podciągnięte nogawki. Ich piszczele bielały w słońcu. Był koniec kwietnia. Płatki jabłoni i wiśni sypały się na ich ramiona. Byli klasą pracującą. Patrzyli na północ, na przeciwległy skraj kolejowej niecki, gdzie nasyp wznosił się wyżej i pełznące pociągi w złotym świetle wiosny stawały się bliskie i wyraziste niczym te dziecinne. Niektóre jechały prosto do światowej stolicy proletariatu. Część miasta po tamtej stronie nazywała się Utrata.

I tak było w istocie. Przychodziliśmy tam, żeby sycić własną melancholię. Żeby pielęgnować w sobie nieokreślone poczucie straty. Przynajmniej niektórzy z nas. A w każdym razie ja. Makowska przypominała brzeg morza. Wystarczyło wyjść i wyobrazić sobie, co jest za horyzontem. Zwłaszcza wczesną wiosną, gdy nad rudymi wyległymi trawami drżało rozgrzane powietrze. Ale tak zawsze jest w miejscach, gdzie przebiegają tory kolejowe. Nie można oderwać wzroku od dwu biegnących w nieskończoność srebrnych nitek. Są namagnesowane i nasza tęsknota niczym żelazny okruszek biegnie za nimi na koniec świata.

Niewykluczone, że tamci z flaszkami piwa Królewskiego, z flaszkami wina nomen omen Kwiat Jabłoni, z flaszkami wódki Stołowej również wpatrywali się w głąb nieskończoności. Siedzieli na brzegu własnego życia i patrzyli w dal. Jednak nie przychodziło im do głowy, żeby wstać i wyruszyć. Byli zbyt dorośli, zbyt męscy i zbyt proletariaccy. Podnosili się o zmierzchu i wracali w głąb osiedla. W czteropiętrowych blokach z szarej cegły nie było wind, więc szli po schodach przez wszystkie człowiecze zapachy. Ta nieokreślona, a silna woń zjawiała się zaraz za drzwiami klatki. Tysięczne tanie obiady, kapusta, mielone, pomidorowa, buty pozostawiane pod drzwiami, rozgrzany kurz na żarówkach, ostra nuta płonącego gazu, sprężona, skompresowana aura ciasnych mieszkań szczelnie wypełnionych dobytkiem. Tak pachniało życie ludzi, którzy dzień i noc przebywają razem.

Kiedy wsuwali cię do pieca, wiedziałem już, że będę chciał to wszystko opisać. Ponieważ nie mogłem zrobić nic innego. Ten piec, to wnętrze, ten wózek przypominały fabrykę naszych ojców. I potem naszą. To wszystko działo się za szybą, ale czułem zapach rozgrzanych stalowych strużyn, zapach iskier tryskających spod korundowych tarcz, zapach oleju, woń tych wszystkich wydziałów, kuźni, hartowni, tłoczni. Chociaż wszystko działo się za szybą. Gdy ruszyły dmuchawy, które miały rozpalić płomień do tysiąca stopni, zrobiło się jak w hucie. Nawet zielone kafle na ścianach przypominały szatnię z tymi okropnymi metalowymi szafkami, w których robocze ubrania zawsze przechodziły oleistą wilgocią. Nie znosiłem tego momentu, gdy tuż przed szóstą trzeba było się przebierać w granatowy drelich. Był ciężki od fabrycznego powietrza. Ciężki i zimny. Prawie jak z metalu. Właściwie to nie ubierałem się w niego, tylko wsuwałem z odrazą. Musiały minąć minuty, nim przeszedł ciepłem ciała. Tłustawy dotyk wnętrza kieszeni. Opiłki metalu. Teraz przypominam sobie, że materiał nie był granatowy, ale szary. Szary jak to wszystko wokół, z zielonkawymi korpusami radzieckich maszyn, zasmolonym szkłem okien i podłogą z drewnianej, czarnej od smaru i brudu kostki. Niezależnie od pory dnia i roku te wszystkie hale, te wydziały wypełniał zimowy świt. Nawet gdy było gorąco. Na przykład w kuźni obok elektrycznych pieców. Albo w hartowni, gdzie jasnopomarańczowy metal zanurzał się olejowej kąpieli. Tam też zalegało zimne, szare światło. To było życie naszych ojców. A my mieliśmy je powtórzyć, ponieważ czekało na nas już gotowe i nic innego nie trzeba było robić. Z przystanku, rano, z tłumem mężczyzn przez główną bramę wchodziłem do fabryki jak do wnętrza własnego losu. Tak to można ująć, chociaż wtedy ani ty, ani ja nie wiedzieliśmy, co to los. Simple twist of fate… Ale dotyk drelichu był jak dotyk wnętrza cudzej, zimnej skóry. Mężczyźni na Makowskiej przypominali naszych ojców, ale nigdy nie przyszło nam do głowy, by zasiąść obok nich. Szliśmy dalej, poza zasięg ich wzroku. Przez torowiska, zagajniki, przez kolejne nasypy, by patrzeć na pociągi odjeżdżające w głąb pejzażu, na Wschodni, na Centralny albo do Władywostoku. Ponieważ od początku było postanowione, że zdradzimy swoich ojców. Ponieważ chcieliśmy odejść jak najdalej. Ponieważ nie chcieliśmy wstawać przed świtem. Ponieważ wydawało nam się, że tak wygląda wolność. Ponieważ byliśmy zdrajcami