Lotem gęsi

Mariusz Wilk
Lotem gęsi
  • Noir Sur Blanc
    Warszawa, 2012
    ISBN: 978-83-7392-372-0
    145x235
    210 stron
    oprawa broszurowa

Najnowsza część Dziennika północnego Mariusza Wilka, zatytułowana Lotem gęsi, niby podobna jest do poprzednich książek z serii, w których autor opisywał swoje wędrówki po dalekiej Północy. Niby wciąż w krótkich dziennikowych zapiskach – pisarz pewnie użyłby słowa „ustępach” – próbuje zawrzeć doświadczenie rzeczywistej i intelektualnej włóczęgi, która prowadzi go do oczyszczające Pustki, dzięki której oddziela się od zgiełku rzeczywistości, by wędrować w głąb samego siebie i jednocześnie niespiesznie kontemplować otaczający świat. Niby wciąż Wilk posługuje się tym samym, jedynym w swoim rodzaju stylem, w którym frazy i słowa z języka rosyjskiego miesza z dawną polszczyzną – ale jednak Lotem gęsi jest w dorobku autora Wołoki tomem wyjątkowym. 
Wilkowi urodziła się córka, Marta, co sprawiło, że – jak sam zauważa – „świat wywrócił mi się do góry nogami, to znaczy stanął na głowie. Choć niektórzy moi znajomi twierdzą, że na odwrót – wstał na nogi”. Przyjście na świat dziecka zmusiło pisarza-włóczęga do gruntownego przemyślenia swoich strategii życiowych, określenia na nowo celów. Wprawdzie nieodmiennie wędruje i zdaje czytelnikowi relacje ze swoich peregrynacji. W nowej książce opisuje Pietrozawodsk i ludzi z tym miastem związanych (Lustro wody), krótki wypad na Labrador (Mielone z karibu) czy kolejny sezon spędzony w stary, drewnianym domu nad Oniego (Zazierkale), przedstawia kolejnych swoich ulubionych autorów (głównie pisarza-wagabundę Kenetha White, twórcę takich pojęć, jak „intelektualny nomadyzm” czy „geopoetyka”), przybliża duchowe objawienia. Jednak nieustannie ma w tyle głowy obraz ukochanej córeczki i myśl, że od teraz wydeptuje swoją tropę – ścieżkę życia głównie po to, aby przygotować Martę do podjęcia jej od momentu, gdy on sam dalej już iść nie będzie mógł.
Zmienił się autor, odmieniła się jego proza. Lotem gęsi jest przede wszystkim poruszającą i głęboką opowieścią o radościach i troskach późnego ojcostwa.

- Robert Ostaszewski

Excerpt

11 sierpnia
Tymczasem noce znowu robią się ciemnie i coraz dłuższe. Rano gęsty opar (według Pietra – to gar’  spod Pudoża) unosi się nad rozpalonym Zaonieżem. Z nieba porykuje i co dzień buszują burze niebywałej mocy. Być może ziemia ma już dosyć i usiłuje nas strząsnąć z siebie? Jak renifery otrząsając się z nadojadliwych pasożytów i much.
Trwożny stan w przyrodzie sprawił, że zajrzałem do Drogi  Cormaca McCarthy’ego, chociaż nie gustuje w powieściach katastroficznych. Droga opowiada o świecie postapokaliptycznym, przez który wędruje ojciec z maleńkim synem. Nie wiadomo, co spowodowało kataklizm, może wojna atomowa, może zderzenie naszej planety z asteroidą – zresztą, to nieważne… Świat jest spopielały, słońce w nim nie grzeje, nie ma ptaków, ni zwierząt, niż żadnego jadła, dlatego nieliczni ludzie, co przeżyli, polują na siebie dla mięsa. Odłożyłbym Drogę  szybko, gdyby nie uderzyła mnie myśl autora, że jeśli jesteś dobrym ojcem, to miedzy tobą a śmiercią stoi jedynie twoje dziecko. Coś mnie tknęło.
Od przyjścia Martuszy na świat bardzo często rozmyślam o własnej drodze. Narodziny córki uzmysłowiły mi rychły koniec. Były swoistym przebudzeniem, pałką mistrza zen, który uderza, żeby wyrwać ucznia z letargu błogiej medytacji. Ktoś może się żachnąć, że piszę o rychłym końcu, mając zaledwie pięćdziesiąt pięć lat. No tak, ale przed nią jest droga całego życia, na której ja mogę jej towarzyszyć zaledwie na krótkim odcinku, jeśli nogi pozwolą. Dlatego tak mnie tknęła ta myśl McCarthy’ego.  (…)

12 sierpnia
Wiatr mierzwi topole za oknem, rzutując na ścianę – jak na ekran – ruchomą siatkę liści, w której słońce migoce, rozsypując się po podłodze cętkami świateł. Blaski na powale powtarzają igrę chełbi na jeziorze i nawet lulka, podwieszona do belki stropowej, kołysze się  w rytmie Oniego. Cały dom w delikatnej, rozedrganej sieci światła.
Martusza kończy roczek. Chociaż na dobrą sprawę, ma już niego więcej, wszak dla mnie – jak dla Saami – życie człowieka zaczyna się w chwili poczęcia, a nie wydostania się z łona matki na świat. Pomnę, jak oglądaliśmy ją na USG. Pływała w wodach płodowych jak w oceanie kosmicznym z Solaris Tarkowskiego.
Jeszcze do jej urodzin stanął przed nami dylemat, gdzie żyć z maleńkim dzieckiem: w mieście czy tutaj, w na poły wymarłej wsi. Znajomi doradzali miasto, bo i lekarz pod bokiem i gorąca woda w kranie, a  tutaj,  wiadomo, drogi w zimie nie odśnieżają i nie daj Bóg, jeśli cos się stanie, to żadne pogotowie nie dotrze na czas. No, a poza tym – pytali – jak sobie dacie rade bez bieżącej wody, w starych izbach, których nie sposób dogrzać do średniej temperatury pokoju? Gdzie prać, gdzie kąpąć małą?
O lekarzach nie myślałem, bo gdybym jął rozważać życie z Martuszą od szpitala, to pewnie nigdy bym się nie zdecydował, aby jej to zrobić. A co do tak zwanych udobstw, czyli bieżącej wody i ciepłej toalety – to są udogodnienia dla rodziców, zatem nie należy zasłaniać się niemowlakiem. Natomiast plusów życia w Kondzie jest nieporównywalnie więcej niż w Pietrozawodzku. Po pierwsze, spokój i cisza, żadnych samochodowych alarmów, które rozrywają przeraźliwym wyciem noc w mieście, żadnych sąsiadów za ścianą. Po wtóre, tutaj przyroda wokoło, nie trzeba szukać parku tudzież nabrzeża, żeby zaczerpnąć haustu czystego powietrza, wystarczy wystawić małą w wózku przed okno, aby mieć ją na oku, a poszum jeziora i szepty topoli same ją do snu ukołyszą. Potrzecie, tutaj Martusza zaczyna od życia w pięknie, a przecież otoczenie kształtuje um najwcześniej (dopiero potem język, szkoła…), zatem od początku ma znaczenie, na co patrzy, co wącha, czego dotyka i co do buzi bierze, czy jest to drewno, glina i trawa, czy duraluminium, polietylen i beton. Tu jej świadomość formuje przestrzeń wielkiego domu, bursztynowe cętki światła na podłodze, żywy ogień w pieczy, rytm natury, śpiew ptaków i zapachy z dworu, tam atakowana byłaby nieustannie bełkotem reklam (sączących się zewsząd), neonowymi światłami i wonią dezodorantów na zmianę ze spalinami. Po czwarte, tu pierwsze smaki wyrabia świeże jadło – prosto z ogrodu, jeziora i lasu – nie dziwi więc, że Martusza uwielbia razowy chleb maminego wypieku i szczypior, który sama rwie z grządki, w mieście zaś gustowałaby pewnie w jakichś bobovitach… Długo tak jeszcze mógłbym wyliczać zalety życia z dzieckiem w Kondzie, aliści sądzę, że myślącego czytelnika – przekonałem.
Nie będę udawał, że było łatwo. Zwłaszcza zima dała nam popalić, choć się do niej zawczasu przygotowaliśmy, remontując podłogi, by od ziemi nie ciągnęło, i uszczelniając izby nad nami, żeby ciepło przez powałę nie uchodziło. Któż mógł przewidzieć, że znowu nastąpi zima stulecia (druga w tym wieku!), mrozem nas skuje i śniegiem zasypie po uszy tak, że większość każdego dnia będę spędzał na jego odwalaniu?
Mimo uciążliwości, była to najcudowniejsza zima w moim życiu, bo wszystko było w niej pierwsze, choć po raz wtóry – pierwszy śnieg i pierwsze płomyki na choince, pierwsza Wilia, pierwszy sylwester i  pierwszy Nowy Rok. O ile jednak samemu przeżywałem to kiedyś po raz pierwszy, niczego nie kojarząc, to dzięki kontemplacji Martuchy, mogłem powtórzyć ten pierwszy raz – z nią. Bo tak naprawdę, dzięki córce, zacząłem największą podróż swojego życia – wyprawę do prapoczątku. Przy tym nie chodzi o powrót do własnych pierwocin poprzez wspólnotę krwi, to przyjdzie później, kiedy zaczniemy czytać razem bajki, teraz chodzi raczej o zaczątki człowieka w ogóle.