Żona prezydenta

Żona prezydenta to powieść z gatunku political fiction. Oto jeden z pacjentów szpitala dla psychicznie chorych ulokowanego na Florydzie spisuje dzieje żony prezydenta Polski. Pacjentem tym jest wojskowy tłumacz polskiego pochodzenia, który zetknął się z Krystyną (tak ma na imię Pierwsza Dama) w trakcie przesłuchań prowadzonych przez oficerów amerykańskiego wywiadu. Krystyna bowiem została schwytana w Warszawie jako groźna terrorystka i wywieziona gdzieś do tajnej bazy w USA. Wcześniej uciekała od męża, gdy ten został przyłapany na romansie ze stażystką, związała się z bliżej nieokreśloną sektą i w ogóle uczestniczyła w dziwacznych zdarzeniach o charakterze sensacyjno-przygodowym. Fabuła tej powieści jest pretekstowa. Nieważny jest jej kształt, ważne jest to, z czego została utkana. A utkana została z kilku tuzinów skandali politycznych, jakie w ciągu ostatnich mniej więcej pięciu lat wstrząsnęły Polską, Europą i światem. Pisarz najchętniej przywołuje głośne sprawy amerykańskie; mamy tu walkę z islamskim terroryzmem, zwłaszcza z Al Kaidą, aferę rozporkową, interwencje zbrojne w Afganistanie i Iraku, a nade wszystko skandal z dręczeniem więźniów w Abu Ghraib. Mimo to Żonę prezydenta nie sposób nazwać powieścią doraźną czy publicystyczną. W istocie chodzi o dostarczenie – jak czytamy w sfingowanym wstępie otwierającym powieść – „świadectwa ogólniejszych niepokojów, obsesji, frustracji naszego czasu, wyolbrzymionych w krzywym lustrze choroby”. Stefan Chwin poważnie zmodyfikował zastaną konwencję gatunkową (tj. political fiction). Wzbogacił ją o treści filozoficzne i spowodował, że do głosu doszło to, na czym bodaj najbardziej mu zależy: dyskurs moralizatorski.

-
Dariusz Nowacki

To będzie opowieść o niej.
Muszę dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, dokładnie opisać to, co jej się przydarzyło aż do tamtej pamiętnej chwili, w której po raz pierwszy w życiu ujrzałem ją na własne oczy, usłyszałem jej głos i dotknąłem jej dłoni. Chcę to wszystko opisać wam, moi sędziowie, ze szczegółami, wiernie, uczciwie. Doktor Burne, który uważa mnie -jak powiedział któregoś dnia do doktor Binswanger - za „ciężki przypadek", nalega, bym - jak mówi - wyzbył się wszelkich zahamowań i pisał po prostu jak mi serce dyktuje „Pisz, Nick - powtarza doktor Burne - pisz bez przerwy, całe godziny, całe dnie. Wejdź w rytm swojej opowieści jak Murzyni z Orleanu wchodzą w rytm bluesa. Słyszysz mnie, Nick? No, powiedz, czy mnie słyszysz? Pamiętaj, dla twojej terapii ważna jest tylko twoja opowieść, nic więcej. I to, jak głęboko w nią wejdziesz. Więc poddaj się jej. Daj się jej ponieść. Masz przecież dużo czasu. Pisz o wszystkim, co widziałeś i słyszałeś. I nie lekceważ niczego, nawet jeśli uznasz to za szczegół bez znaczenia". Słyszę, słyszę, doktorze Burne, i wiem, że masz rację, kiedy tak mówisz do mnie, bym pisał bez przerwy, nie pomijając żadnego szczegółu, więc zanurzam się w swoją opowieść i czekam, by mnie uzdrowiła. Jestem przecież „ciężkim przypadkiem depresji pourazowej".
Od tamtej chwili przechodzę - jak mi to ciągle powtarzają - ostre załamanie nerwowe. Źle śpię. Śnią mi się koszmary. Boję się lekarzy i ludzi w mundurach. Elektrowstrząsów i śpiączek insulinowych. Drżą mi ręce. Nie panuję nad skojarzeniami. Denerwuję się z byle powodu. Wszystko gubię. Niczego nie potrafię znaleźć. Nie mogę sobie przypomnieć numerów telefonów. Przekręcam imiona i nazwiska. Mylę daty i dni tygodnia. Na niczym nie mogę skupić uwagi. Źle wypadam w testach. Mam - jak mówi doktor Binswanger - omamy słuchowe, węchowe i wzrokowe. Bez żadnej przyczyny wybucham niepohamowanym gniewem. Zżera mnie irracjonalne poczucie winy, z którym nie umiem sobie poradzić i chorobliwy wstręt silniejszy ode mnie.
Nie mogę patrzeć na ekran telewizora. Boję się mikrofonów ukrytych w ścianach. Kamer ustawionych za lustrem w łazience. Aparatów fotograficznych w komórkach. Samolotów bezzałogowych, które krążą nad nami i nawet przez najgrubsze ściany widzą, co robimy. Boję się ludzi, którzy śledzą innych i w każdej chwili mogą podać mi w zupie dawkę dioksyn, po której moja twarz zmieni się nie do poznania. Którzy mogą mi wstrzyknąć wirusa HIV podczas niewinnego badania krwi. Zmusić do połknięcia czegoś, co zmieni moją psychikę. Zabić moich bliskich tak, że będzie to wyglądało na śmierć naturalną.
Oni mogą to zrobić w każdej chwili. Świat się zmienia, oni się nie zmieniają. Zbierają dane. Notują wypowiedzi. Fotografują. Nagrywają. Wymyślają podstępne formularze paszportowe. Zastawiają pułapki w ankietach wizowych. Zakładają teczki. Tworzą rejestry. Łączą informacje w sieć. Segregują. Szyfrują. Opatrują kryptonimami. Wprowadzają do kartotek. Przetwarzają. Nawet jeśli lubią demokrację, na wszelki wypadek sprawdzają, ilu miałeś Żydów w rodzinie.
Gdy trzeba, podstępnie zdobywają twój DNA. W szklanym pojemniku trzymają pięć twoich włosów, które zgubiłeś w hotelowej łazience. Mają strzępki twojej skóry, które zostawiłeś na ostrzu maszynki do golenia. Przechowują słoiki z twoim zapachem. Interesują się, jakie były choroby dziedziczne w twojej rodzinie. Gromadzą w komputerze zdjęcia w podczerwieni. Wiedzą dokładnie, co i jak po ciemku robisz z żoną. Znają wyniki twoich badań lekarskich. Na twardym dysku przechowują fotografie twojej źrenicy, tęczówki i dna oka. Analizują ślinę, którą zostawiłeś na plastykowym widelcu w pizzerii i na brzegu kubka po coca coli w snack barze. Gromadzą rewersy, które składasz w czytelniach. Jeśli wypożyczasz książki z niewłaściwym słowem w tytule, wpisują cię na listę niebezpiecznych. Spokojnie sprawdzają, czy wierzysz w Boga, co myślisz o Kościele i aktualnym prezydencie, czy kochasz Ojczyznę oraz aktualnego ministra spraw zagranicznych. Podkreślają twoje nazwisko czerwonym flamastrem. Oznaczają numerem. Stawiają przy nim czerwony ptaszek.
Wiedzą z kim śpisz i z kim nie śpisz. Wiedzą, kogo kochasz i kogo nienawidzisz. Znają twoje słabości kulinarne i seksualne. Prześwietlają konto bankowe. Badają strukturę strachu. Przenikają w głąb snów. Znają treść twoich e-maili i rozmów telefonicznych. Wiedzą, jakie hasła wpisujesz do wyszukiwarki i o czym gadasz z matką. Przetrząsają twój bagaż, kiedy nie ma cię w hotelowym pokoju. Kopiują twoje dokumenty, gdy śpisz w wagonie sypialnym. Bez trudu namierzają cię, kiedy wchodzisz na strony porno. W ułamku sekundy ustalają, kogo masz na liście adresowej. Kamerami umieszczonymi 2 km od Watykanu prześwietlają mury Kaplicy Sykstyńskiej i specjalnym programem komputerowym „odczytują" wypowiedzi z ruchu ust. Niczym gwiazda betlejemska, która rozświetla niebo nad pustynią, prowadzą cię przez życie, byś nie zagubił drogi w strasznych ciemnościach świata. Nie zasypiają nawet przez chwilę. Mają oczy wiecznie otwarte. Chronią cię przed Złem, osłaniają przed Grzechem, bronią przed wrogami państwa i konstytucji.